czwartek, 4 sierpnia 2011

Base Camp!

Wreszcie dotarliśmy pod górę. Po ciężkiej nocy (błądzący kierowca nowego busa, betonowa jurta) i 5 godzinach niełatwego marszu przez rozżarzoną pustynię jesteśmy na 4400 m. Choroba wysokościowa i słońce dokuczają kilku osobom, ale na szczęście nikt nie musiał schodzić. Jutro dzień na odsapnięcie.





















środa, 3 sierpnia 2011

Zdjęcia drogi do Kaszgaru

Obiecaliśmy zdjęcia - no to przesyłamy.

Droga do Kaszgaru (niezależnie po której stronie granicy) to pustkowia i żwirowiska na przemian z pięknymi widokami. Przestrzenie szerokie na kilkanaście kilometrów ograniczone górami. I właściwie, poza pewnymi detalami architektonicznymi, ciężko jest znaleźć wyraźne różnice pomiędzy pograniczem kirgiskim i chińskim. No, może taka, ze u Chińczyków jest więcej jurt z betonu (sic!) :)

To zapewne nasz ostatni post umieszczany bezpośrednio z komputera - następne będą sms/mms-owe, wiec nie obrażajcie się, jeśli będą krótkie. Za to postaramy się utrzymać regularność.








Zameldowani w Kaszgarze

Napisaliśmy ostatnio, ze jedziemy nocować w Narnii (Narynie). Plany jednak po raz kolejny uległy zmianie w trakcie i za namową naszego kirgiskiego kierowcy Walery (którego pozdrawiamy, bo nie dość, ze przyjechał po nas w Biszkeku na czas, to na dodatek z wrodzona chyba sobie naturalnością pełnił funkcje spontanicznego przewodnika) w Narynie zjedliśmy tylko obiad z barana (tzn. do wyboru: zupa z barana, szaszłyk z barana albo pierogi z baranem). Nie zostaliśmy tam jednak, tylko pojechaliśmy 2 godziny dalej - do "jurtecznego lagieru", czyli kilku jurt pośród gór. Paradoksalnie okazało się, ze był to jak dotąd nasz najlepszy nocleg (wygodnie, w miarę ciepło i niemal na 3000 m). Jeśli nam się jutro uda, to spróbujemy wstawić kilka fotek.




W ogóle to baran jest ważnym tematem - przez niego część ekipy złapała problemy żołądkowe. Generalnie niezbyt go polecamy - jedzcie lepiej lepioszki :)

Jurty były wczoraj, a dziś po wielu wybojach (przestajemy żałować, ze Chińczycy nie robią A2) dojechaliśmy do gorącego Kaszgaru. Spotkaliśmy się z szefem naszej agencji, który nie chciał zejść z kosztów, ale za to upewnił nas, ze jutro ruszymy już w okolice góry. Podobno może tam być ciasno, bo wybrało się tam sporo ekip. Byle tylko pogoda dopisała :)

Na dziś kończymy, a rano czeka nas tour po chińskich bankach w celu wymiany waluty.

niedziela, 31 lipca 2011

Biszkek - dzien II

Poznawania stolicy Kirgistanu ciąg dalszy. Podstawowe wrażenie - miks kultur. Uczestniczyliśmy dziś we mszy w katolickim kościele w Biszkeku odprawianej przez bp Nikolausa Messmera, administratora apostolskiego Kirgistanu. Udało nam się tez z nim zamienić wcześniej kilka zdań - opowiedział nam o sytuacji katolików w tym kraju. Kirgistan to kraj w przeważającej mierze muzułmański (przynajmniej formalnie). Na ulicach widać sporo osób w charakterystycznych strojach. Chrześcijan różnych wyznań jest niewiele - najwięcej, co oczywiste, prawosławnych. Katolików przychodzących w niedziele na msze jest ok. 60 osób - ale za to jak bardzo międzynarodowe jest to środowisko :) Wszystkie kolory skóry, kilka języków - mały kościół, de facto większa kaplica, a w środku niemal cały świat.

Aha, ważna uwaga dla podróżujących - na stronach www znajdziecie informacje, ze kościół jest pod adresem ul. Vasilijewa 197. To nieprawda - właściwy adres to 203. Najlepiej jechać z bazaru Osz lub ul. Molodaj Gwardzi marszutka 270 (pod sam kościół) lub 18 (do Bayat bazaar - a potem jakieś 10 min pieszo).

Inne poczucie miksu daje przenikanie się kultur na płaszczyźnie jedzenia i zakupów. Bardzo odczuwalne jest to na Osz - największym chyba bazarze w Biszkeku. Na straganach obok siebie leżą chiński makaron, tureckie ciastka, suszone owoce, rosyjskie pierogi, lokalna baranina i lepioszki (taki chlebek). I coca-cola :) W efekcie daje to trochę komiczny kosmos różnych smaków. Ale nie narzekamy na kuchnie, bo przed wyjazdem trochę tłuszczu się nam przyda :)

Jutro rano wyruszamy już do Narynu (który w naszych rozmowach w międzyczasie stał się Narnia). Mamy nadzieje, ze z Narnii już bez problemów dojedziemy do Chin (ostatecznie potwierdziliśmy wszystkie szczegóły z kaszgarską agencją). Kolejna relacja zapewne z Kaszgaru :)





sobota, 30 lipca 2011

W objęciach Biszkeku

Do Biszkeku dolecieliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem spowodowanym burza w Moskwie. Niestety, na miejscu nasze plany uległy zmianom. Plan był taki, aby już w piątek spróbować wybrać się ku granicy z Chinami. Okazało się jednak, ze w weekend granica jest zamknięta. Zamknięta jest tez dodatkowo w poniedziałek, ponieważ w Chinach jest święto - a to się kończy wolnym dla pograniczników :). Dlatego w dalsza drogę wybrać się możemy dopiero w poniedziałek - tego dnia chcemy dojechać do Narynu, a we wtorek przekroczyć granice Chin i dojechać do Kaszgaru.

Czas, który chcąc nie chcąc zyskaliśmy, przeznaczamy na odespanie jet lagu, załatwianie formalności, pozwoleń i transportów (idzie różnie, Chińczycy nie są mistrzami języka angielskiego, Kirgizom idzie póki co lepiej) oraz poznawanie miasta.Dziś obejrzeliśmy centrum - ciężko o nim powiedzieć "historyczne". Generalnie socrealizm w różnych, czasem bombastycznych formach. Kilka spostrzeżeń poniżej na zdjęciach. A dla miłośników gadżetów - saturator (tutaj są wciąż popularne) :)

Jutro drugi dzień poznawania kultury lokalnej i lokalnych zwyczajów. Może uda się tez zjeść arbuza - jest ich tu zatrzęsienie i kosztują grosze.





czwartek, 28 lipca 2011

Moskwa, Szeremietiewo

Pierwszy etap podrozy zakonczyl się powodzeniem - bagaze zostaly nadane w calosci i mamy nadzieje, że także w calosci dolecialy tu z nami. My w kazdym razie dolecielismy. Lotnisko Szeremietiewo przywitalo nas zepsuta klimatyzacja (udalo nam się znalezc dzialajaca w innym terminalu). Ale za to bedziemy czekac
krocej na polaczenie.
Poki co lezymy sobie na wykladzinie, jemy zelki i czekamy na lot. Start: 22.15. Ladowanie: 05.10 czasu lokalnego.


Odliczanie... 1

To już ostatnie godziny przed odlotem, więc będzie króciutko. Pakowanie już zamknięte, poszło nawet sprawnie. Zdziwilibyście się do jak małych rozmiarów upchnąć można puchowe ubrania :)Jeszcze tylko jutro poranna sesja przepakowań na lotnisku (w ramach walki o redukcję nadbagażu) i już można kulturalnie lecieć ku wschodowi słońca. Efekt tego będzie taki, że gdy w Polsce kończyć się będzie 28 lipca, my będziemy lądować w Biszkeku, w którym wówczas będzie już prawie 5.00 rano. Jet lag będzie pierwszym naszym towarzyszem w Azji. No chyba, że coś się poprzestawia w lotach, ale tego byśmy nie chcieli.

Następne relacje będziemy zamieszczać już mobilnie. Jeśli coś się będzie psuło, to prosimy nie regulować odbiorników, tylko dać nam znak.

Ahoj, przygodo! :)



---